czwartek, 27 listopada 2014

Zimno i chorowito, więc FRANCUSKA ZUPA CEBULOWA


      Moja mama się rozchorowała. Ale jak to typowy twardziel, nie poddała się i poszła do pracy. Cały poranek myślałam, co zrobić, by wspomóc trochę jej leczenie i jednocześnie przyrządzić jej coś tak pysznego, by od razu poczuła się lepiej. Dodatkowo, tego dnia miałam dużo na głowie i potrzebowałam przepisu szybkiego, najlepiej łatwego do odgrzania i idealnie rozgrzewającego. W głowie kotłowało mi się milion pomysłów, lecz nagle nadeszło oświecenie. Zupa! Czemu nie pomyślałam o tym od początku? Nie mam pojęcia. Pewnie byłam trochę zakręcona  kompletnie obezwładniona ilością obowiązków ostatnich dni. Dla mnie zupa i kurczak to takie dwa dania, które zapisują się w moim sercu jako "pocieszające, leczące jedzenie". Nie ma nic lepszego niż gorąca, jedwabiście gładka, aromatyczna zupa rozlewająca się ciepłem w wyziębionym brzuchu po ciężkim dniu. Lub kurczak (w każdej możliwej postaci), który dla mnie jest esencją polskości i ciepła domowego ogniska. Na szczęście (juppi!) zaczyna się ten okres, kiedy zajadanie się zupami, kurczakiem, ciasteczkami i ciastami - no i pancakesami na śniadanie! jest wręcz wskazane, tak więc moja kuchenna wyobraźnia szaleje z radości. 
Francuską zupę cebulową podaje się w niemal każdej restauracji, i, choć chodzi za mną jak cień od wielu lat, wstyd się przyznać, nigdy jej nie próbowałam.Tutaj następuje minuta ciszy. Muszę więc podkreślić, że nie mam odniesienia do oryginalnego smaku tej potrawy. Jednak, jakby się nad tym dobrze zastanowić, jaki jest ten oryginalny smak? Pewnie najlepiej byłoby udać się do Francji i tam skosztować tego specjału. Chociaż (palcem drapię się w czoło) czy myślicie, że w KAŻDEJ restauracji, w KAŻDYM domu ta zupa będzie smakować tak samo? Chyba całkiem pewnie mogę założyć się, że nie. Dlaczego? Właśnie dlatego, że kuchnia jest piękna. Jest zmienna, zaskakująca, nieustannie "odświeżana". Za każdym razem, jedząc niby to samo danie, o identycznej nazwie i prawie identycznych składnikach, można skosztować odrobiny duszy przyrządzającego je kucharza. Każdy z nich ma swój "tajny" składnik lub sposób wykonania, który kompletnie zmienia smak podstawowego przepisu lub dodaje do niego tę tajemniczą nutkę. 
Bardzo podobnie było z przepisem na pasta alla puttanesca, który, zaintrygowana, przyrządziłam kiedyś na obiad, oczywiście, nie próbując tak zwanego oryginału. Kilka miesięcy później zamówiłam pastę o tej samej nazwie w restauracji, chcąc porównać ją z moją. Sama nie wiem, czy byłam zawiedziona czy raczej szczęśliwa, że mój przepis okazał się smaczniejszy. Robiąc widelcem mało eleganckie esy-floresy w restauracyjnym talerzu, porównałam składniki. Te same. A więc co sprawiło, że moja potrawa była lepsza? A wierzcie mi, jestem bardzo krytyczna jeśli chodzi o moje kuchenne rewolucje... Czy tamtejszy kucharz miał gorszy dzień, a może gotowanie dla "mas" już mu zwyczajnie zbrzydło? W sumie, nie byłabym zdziwiona, sama zastanawiałam się kiedyś, co stałoby się ze mną, gotującą dla takiej ilości ludzi, którzy, owszem, zjedzą, ale raczej rzadko powiedzą coś miłego? Jeśli jedzenie jest źle przyrządzone, nie smakuje, wtedy wzywa się kucharza. A jeśli jest przepyszne i nigdy lepszego nie jedliśmy? Wtedy zazwyczaj rozkoszujemy się nim, przekazujemy znajomym, rodzinie, ale... kucharzowi niekoniecznie. A może powinniśmy to robić? 
Kiedyś wybrałam się z Marcinem do nowo otwartego baru sushi. Obok nas siedziała starsza para i bez skrępowania, głośno, nawet bardzo głośno, zachwycała się zamówionymi daniami. Przy czym bawili się świetnie, swobodnie włączając w tę zabawę wszystkich w restauracji. Kiedy skończyli, poprosili kelnera o przywołanie szefa kuchni. Widziałam w jego oczach niepewność, pewnie oczekiwał wymyślania i narzekań. Zamiast tego, zobaczył dwoje ludzi, którzy byli zakochani w jego potrawach. W bardzo wylewny sposób wyrazili swoją wdzięczność i aprobatę, a na koniec razem z nim wychylili kieliszek sake. 
Obserwując tę sytuację, uświadomiłam sobie, że powinniśmy dziękować i chwalić nie tylko domowych kucharzy, ale także tych w restauracjach. Przecież sama wiem, z jakim dreszczykiem czekam na reakcję moich gości. To ona napędza mnie do działania i to dzięki niej wciąż chcę odkrywać więcej i gotować lepiej. 



Przechodząc do MOJEJ francuskiej zupy cebulowej, jej smak...zaskoczył mnie. Uwielbiam cebulę ( co może nie jest powodem do dumy) i wiem, że dzięki niej wiele potraw nabiera niesamowitego aromatu. Jednak nie spodziewałam się, że sama może stanowić taki smakołyk. Cały sekret tej zupy tkwi chyba w powolnym duszeniu cebuli i w pomieszaniu różnych jej odmian. Chciałam przyrządzić coś prostego, ale jednocześnie wyjątkowego, i, na szczęście, udało się, Jej smak jest delikatny, co też było dla mnie dużą niespodzianką, Bałam się dodawać większą ilość, by nie przesadzić z aromatem, ale następnym razem będę bardziej hojna. Podawana z grubą pajdą chleba i posypana serem Corregio , była, tak dla mamy, jak i dla mnie oraz wszystkich zajadających domowników jak manna z nieba. Raz, dwa, trzy wypełniła dom niezwykłym zapachem,a nasze brzuchy błogim spokojem. 
Pamiętajcie, że cebula musi dusić się długo i na naprawdę maleńkim ogniu, jeśli widzicie, że zaczyna się przypalać lub za mocno rumienić- dodajcie oliwy. Powinna być pięknie zeszklona i delikatnie, bardzo delikatnie, zrumieniona. 
Jak bardzo chciałabym używać ekologicznego wywaru z wołowiny, niestety nie miałam czasu na jego ugotowanie, poza tym mam grzeszną słabość do tego z kostki. Połączyłam więc niedobre z najlepszym i użyłam domowego wywaru warzywnego i wołowego, kupnego. Jeśli macie czas i ochotę na zrobienie własnego wywaru- gorąco Was do tego zachęcam! 

FRANCUSKA ZUPA CEBULOWA







Składniki:

  • 3 duże cebule, 2 białe i jedna czerwona (lub Waszego wyboru)
  • łyżka masła klarowanego i oliwa z oliwek
  • litr wywaru warzywnego i litr wywaru wołowego
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • ser Corregio 
  • pajda chleba
Przygotowanie:

Obierz cebule i posiekaj je na krążki. Rozgrzej w dużym garnku łyżkę masła klarowanego i trochę oliwy z oliwek. Wrzuć cebulę, pomieszaj, przykryj garnek i duś na maleńkim ogniu ok. 40 minut, aż cebula będzie miękka i delikatna. Od czasu do czasu mieszaj i sprawdzaj, czy się za mocno nie rumieni i nie podsmaża. 
Pod koniec duszenia zwiększ na chwilę ogień, zdejmij przykrywkę i chwilę podsmaż cebulę.
Wlej podgrzany bulion, zamieszaj, dodaj ocet balsamiczny i gotuj jeszcze 10 minut.
Podawaj z pajdą chleba, posypaną dużą porcją sera. 

Smacznego!
Paulina




Popularne posty :


Podobał Ci się post? Coś Cię zainspirowało? Masz pytania? 
Podziel się swoją opinią!
Spraw, że mój dzień będzie piękniejszy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podoba Ci się artykuł? Masz pytania, wątpliwości? Podziel się swoją opinią! Spraw, że mój dzień będzie piękniejszy!